Miłość do własnej choroby

Za trójką rodzajów miłości – miłość erotyczna (eros), miłość do członków rodziny (fileo), miłość Boża (agape) – kryje się przewrotna miłość do własnej choroby. Czymże jest miłość w ogólności? Jeśli widzieć świat jako zbiór oddzielnych osób łącznie z Bogiem osobowym oraz pozostałych rzeczy i spraw, to miłość jest uczuciem żywionym przez osobę do czegoś poza nią. Np. Bóg kocha ciebie, matka kocha dziecko, kibic kocha klub sportowy, dziewczyna kocha chłopaka. Ale jeśli na wszystko spojrzeć jako na bezosobową przestrzeń, to miłość jest spoiwem łączącym w jedność wszystko to, co się pojawia przed widzącym. Tym klejem sklejone jest wszystko ze wszystkim. I ten klej jest w istocie miłością Bożą, która nic nie wybiera, ale wszystko obejmuje. Miłość Boża NIE JEST WYBIÓRCZA.

Z kolei ci, którzy uważają się za osobne osoby, widząc swoje ciała i kochając je, utożsamiają się z nimi i uważają je za własne. Tak samo uważają za własne swoje uczucia i myśli. Swoje dzieci i małżonka. Swoje miasto, kraj, religię i przekonania. Polityczne i religijne. I wiele innych. Wszystko to jest MOJE, MOJE, MOJE. Prawo własności obejmuje to, co przykleiłem klejem WYBIÓRCZEJ MIŁOŚCI do siebie… (foto silviachan92.deviantart.com)

Moja choroba

I tak dochodzimy do choroby, która pojawia się w polu widzenia osoby. Gdy tylko się pojawi, staje się MOJĄ CHOROBĄ. Natychmiast osoba ustanawia silny związek własności z chorobą. To jest związek, w którym choroba jest jednością z osobą, więc ustanawia jej tożsamość. Czy można tu mówić o MIŁOŚCI DO SWOJEJ CHOROBY? Powiesz może, że przesadzam, że człowiek idzie do lekarza, bierze leki, aby się jej pozbyć itp. A ja ci powiem, że w mojej wieloletniej praktyce przekonałem się, że osoba chora usilnie stara się zachować chorobę przy sobie, często nawet za cenę śmierci ciała. Dlaczego?

Zwierzenie Studenta

Zwierzę ci się. Już od małego chłopczyka wiedziałem, że moim powołaniem jest uzdrawianie. Mój ojciec dowiedział się o tym i zapragnął, abym został lekarzem. Ale nie zauważyłem, aby lekarze, mimo swej pożytecznej społecznie roli, mieli klucz do choroby jako takiej. Zajmowali się poszczególnymi przypadkami oddzielnie, posługując znajomością chemii ciała lub anatomii ciała. A ja przeczuwałem, że przyczyna choroby jest uniwersalna i leży głębiej niż ciało. I jak teraz widać, moja intuicja mnie nie myliła. Aby sprostać wyzwaniu, zająłem się studiami i praktykami duchowymi.

Uzdrawianie duchowe

W końcu ostatnio doszedłem do praktyki duchowego uzdrawiania. Nie będę tu o nim pisał, powiem tylko krótko, że uzdrawia w nim sam Bóg. Uzdrowiciel stoi biernie i patrzy. Może jednak patrząc zastosować percepcję, której używają wszyscy ludzie. Opiera się ona na projekcji. Ale jeśli chce widzieć jak Bóg, używa widzenia chrystusowego (obszerne wyjaśnienia w Kursie cudów). Wtedy obserwuje uzdrowienie.

Percepcja (postrzeganie) choroby

To, co teraz opiszę, to percepcja, która nie uzdrawia. Widać wtedy, że osoba chora, gdy z nią rozmawiać, robi wszystko, by utrzymać chorobę przy sobie. Zgodnie z wzorcem społecznym, zgadza się, aby lekarz zaaplikował jej chemię, a ona po odczekaniu zobaczy, czy to pomogło. Ale nie zgadza się STANOWCZO, aby zostać uzdrowioną natychmiast bez żadnych medykamentów. Wszystkie jej wypowiedzi świadczą o tym, że uważa chorobę za swoją aktualną własność, której nie chce się pozbyć w tej chwili, ZA CENĘ SWOICH USTALONYCH POGLĄDÓW.

Miłość do choroby jako blokada uzdrowienia

Co to znaczy? Osoba taka uważa, że jej poglądy tak bardzo stanowią o jej tożsamości, że ich zmiana równałaby się z ruiną całej jej osobowości. A na to się w żadnym wypadku nie zgadza. Mówi: „Ja jestem chora i koniec, tak jest i nie ma innej możliwości, aby to podważyć. Jedynie farmakologia, chirurgia, naświetlania, czas (itd. itp.) mogą w przyszłości to zmienić”. W domyśle: „Jestem tak przywiązany do swojej choroby, jak do swoich poglądów, po prostu KOCHAM jedno i drugie. A ty uzdrowicielu duchowy, który zamierzasz odebrać mą KOCHANKĘ, idź sobie precz!” Z tego rodzaju argumentacją spotkałem się wielokrotnie. Zazwyczaj rozmowa kończyła się zerwaniem ze mną jakiejkolwiek znajomości. Traktowany byłem jako wielki wróg, prawie jak potencjalny morderca.

Ponieważ z kolei podstawą uzdrawiania duchowego jest zgoda chorego na uzdrowienie, to nie może on zostać uzdrowiony. To bowiem stanowi jedną z blokad, stojących na drodze uzdrowienia. Bóg nie czyni na nikim żadnego gwałtu. Można by tu dodać przysłowie: „Człowieku – jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.”

Na koniec muszę jednak dodać, że uzdrowiciel duchowy posługuje się nie percepcją na wzór społeczeństwa, ale widzeniem chrystusowym (Bożym), a wtedy sprawy mają się inaczej… Ale o tym innym razem.

 

5 responses to “Miłość do własnej choroby

  1. Wybaczenie usuwa winę, która czyniła chorobę możliwą.
    Bez poczucia winy jest tylko miłość.
    Miłość = zdrowie
    Wina = choroba

  2. Jeśli pozwolicie moi kochani to i ja coś tu wtrącę ,.może językiem niezbyt literacko poprawnym ale tym prostym ,. oczywiście to co chciałbym przekazać nie jest jakąś fantasmagorią, ale zwyczajnym moim doświadczeniem życiowym. Jeśli chodzi o miłość,. to uważam że jest tylko jedna,. ta boska miłość,. „agape”.. jak podaje student . Te inne miłości to jedynie nasze uzależnienia,. od nich uzależniamy naszą pseudo tożsamość,. czyli inaczej są one jakby wyznacznikiem naszego człowieczeństwa w oparciu zresztą o fałszywe kryteria wymyślone przez ludzkie ego,. czyli tym samym są złudzeniem i nie mają żadnego znaczenia,. ale jakże skutecznie utrudniają nam życie. Śmiem twierdzić że Jezus dobrze wiedział że nasz sen to ocean uzależnień i podał ludziom jakby koło ratunkowe,. między innymi KC ,. aby jakoś mogli wydobyć sie z tego bagna,. kto zechce oczywiście ,. wedle wolnej woli,. gdyż są i tacy przecież, którzy chcą sobie popluskać sie w tych odchodach,. aż kiedyś im to sie znudzi, lub nie będą mogli już wytrzymać w tym materialistycznym odorze . Chorobę uważam za uzależnienie, a nie za miłość,. oczywiście mogę sie mylić i najprawdopodobniej tak jest ,.ale co tam,. na razie tak to widzę i rozumiem.
    Kocham Was.

    • Dziękuję Ci za twój wkład do tego obszernego tematu. Podoba mi się twoje podejście. Choć jest ono bardziej niż moje skrajne i wyrażone ostrymi słowami. Pozdrawiam Cię serdecznie

  3. Drogi Ryszardzie, proszę o dalszy ciąg :). Proszę, aby zapowiedź „innym razem” przyjęła formę następnego artykułu, jeśli możesz.
    Dlaczego człowiek chce „zachować chorobę przy sobie, często nawet za cenę śmierci ciała”? Według mnie, jest to wielkie wołanie o miłość, im większe, tym wyższa cena w postaci śmierci cielesnej formy. Niektórzy chorujący czerpią korzyści ze swej choroby, co stanowi dla nich zastępczą formę otrzymywania miłości w postaci troski i opieki od bliskich lub uwolnienia się od odpowiedzialności za własne życie i przerzucenia ją na innych. Zapewne są jeszcze inne pożytki z choroby.
    Miłość chorego do swojej choroby – o tak! Ci wołający w taki sposób o miłość, w braniu medykamentów, w wizytach u lekarzy, pobytach w szpitalu i zabiegach medycznych upatrują swe mizerne substytuty miłości w postaci: zainteresowania ze strony personelu medycznego, wzbudzania współczucia u kogo się da, wymuszania opieki u rodziny.
    „Kurs cudów” jak przystało na piękny i poetycki przekaz nazywa takie zachowanie wołaniem o miłość. Mniej posługujący się poezją nazywają je dosadnie żebraniem o miłość. Ludzie nie tylko poprzez choroby i nieugiętość własnych poglądów żebrzą o miłość. Im większe korzyści ma z choroby chorujący, tym większa jest jego wrogość wobec oferującego pomoc uzdrowiciela duchowego, który mógłby w ten sposób szybko zabrać mu profity z chorowania. Gdyby takiemu choremu przedstawić alternatywę dla namiastki miłości, którą dostaje z powodu choroby, gdyby uświadomić mu, że strata choroby będzie zyskiem, być może zgodziłby się na uzdrowienie i prawdziwą miłość. Być może, bo chory oprócz tej świadomości musi mieć chęć lub determinację do opuszczenia swego obecnego stanu.
    Czy uzdrowiciel ma wobec powyższego nieść uzdrowienie każdemu wołającemu o miłość, którego spotyka na swej drodze? Moim zdaniem, nie. Tylko takiemu chorującemu, który już jest gotowy na uzdrowienie. Gdy chory jest gotowy przyjąć zdrowie, pojawia się uzdrowiciel. Ten zewnętrzny lub wewnątrz chorego, bo uzdrawiającym, jak piszesz, nie jest uzdrowiciel, a moc Świętego Ja lub Ducha.

    Serdecznie pozdrawiam 🙂

    • Wspaniałe uzupełnienie, bo już nie komentarz, mojego wpisu. A temat jest tak obszerny, że można by książkę napisać. A nawet doktorat obronić 😉 . Przecież Kurs cudów o tym właśnie mówi. Ty mówisz o chorobie jako o wołaniu o miłość. To jest jeden aspekt, który nie zaprzecza innym. Ja musnąłem tożsamościowy aspekt choroby. Bo z nim się praktycznie często stykałem. Jesteś wnikliwa i uwagi twoje są niezwykle cenne. Zarówno Facebook jak i blog nie są, jak sądzę, miejscem na wielkie opracowania. A tylko jako bloger na razie występuję. Ponadto bronie się przed fantazjowaniem. Uważam, że Kurs cudów powinien być stosowany, bo po to został nam przekazany. A więc moje doświadczenie i natchnienia są przyczyną moich wpisów. Pozdrawiam Cię serdecznie i zachęcam do podobnych wypowiedzi, dla zbudowania czytelników, studentów i praktykujących.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *